Koniec lata kojarzy się na ogół z dożynkami/okrężnym, tj. świętowaniem końca zbioru plonów. Mniej znane, a godne uwagi są obrzędy związane z ogniem: tzw. żenienie komina na Białorusi, wesele świeczki na Ukrainie, białoruski bahacz (święto ognia bogacza). Chciałbym w tym artykule przypomnieć te zwyczaje.
Żenienie komina opisał Pawieł Szejn (tł. moje):
W Pińsku i okolicznych wsiach z dawien dawna istnieje zwyczaj co roku 1 września (st. st. – przyp.) wykonywać obrzęd pod nazwą „żenienie komina”. Komin jest to przewód, służący do wypuszczania dymu z wnętrza domostwa na zewnątrz. W chatach poleskich występują dwa typy tych przewodów: a) większy, prowadzący z pieca prosto na dach chaty b) mniejszy, w pewnej odległości od pieca; nazywa się on też łucznikiem, od łuczywa lub szczapek smolnych, którymi zwykle Pińczucy czy też Poleszucy oświetlają swoje chaty. Pod tym mniejszym przewodem, wyplecionym z sitowia i pomazanym gliną, zawiesza się żelazny ruszt, na którym palą łuczywo.
Większą część swych prac domowych, po zakończeniu polowych, nasi Pińczucy wykonują zazwyczaj wcześnie rano, długo przed świtem, przy świetle płonącego łuczywa, i ta pora nazywana jest doswitkiem. Mężczyźni przygotowują wozy, plotą kosze i generalnie wypełniają różne wiejskie gospodarskie obowiązki, a kobiety przędą len, wełnę, tkają płótno i szyją bieliznę. Żeby zachęcić rodzinę: dzieci, służących, robotników sezonowych do takiej wczesnej porannej pracy i uczynić ją dla nich jakby obowiązkiem od 1 września, we wszystkich niemal domach żenią komin, tj. większy przewód wychodzący z pieca, a tam gdzie jest, także mniejszy.
Jeśli 1 września (dzień św. Szymona Słupnika) wypada w dzień postny, wówczas święto to przekłada się na następny dzień. Wtedy już z samego rana gospodyni zaczyna smażyć oładje, bliny i miarę możliwości przygotowuje syte dania na wieczerzę, a gospodarz ze swej strony już zawczasu stara się zgromadzić zapas wódki, miodu i piwa na ten dzień. Gdy wszystko jest gotowe do wieczerzy, gospodyni opasuje przewód kominowy i świecak nowymi ręcznikami, a młodzież stroi je przetrwałymi w polu i ogrodzie kwiatami. Stół nakrywa się nowym obrusem i ustawia przy samym piecu albo pod świecakiem, a gdy tylko na zewnątrz ściemni się, w chacie zbiera się cała rodzina. Najstarszy członek rodziny czyta modlitwę, po czym wszyscy rozsiadają się z namaszczeniem, według starszeństwa, przy stole i zaczyna się biesiada. Gospodarz nalewa kieliszek wódki, odlewa z niego po kilka kropli na jeden i drugi przewód kominowy, po czym wypowiada rozwlekłe błogosławieństwo, w rodzaju tego:
Pozdorow, Boże, dedusia, babusiu, diad´ka, dětki, czeladniczki, prijatełej i dobrodějew! Podwyś, Boże, chram Hospodeń, szczob sława Bożaja nie ustawała i mir Bożyj ko chramu naworoczała. Zaszczyty, Hospody, chudobku: konyki, wołyki, korowki dla ditok i wsiakuju skotynku. Zarody, Boże, chlěbiec, żyto, pszenyciu i wsiaku pasznyciu. Zaszczyty, Hospody, pczołki, wyneś ich na krasnu wesnu, komu Boh daw staranje! Prispor´ medku i woszczeczku, na swěczu do chramu Hospodnia. Daj Boże, czeladoczcy ochotu raneńko wstawaty, pri switli pracowaty. Daj Boże, szczob naszemu rodu ne buło perewodu, a etyje rěki (wskazując na wódkę) szczob tekli u nas na wiki itd.
Wypowiedziawszy te słowa całuje w ręce najstarszego wiekiem członka rodziny, wychyla kieliszek do dna, napełnia go ponownie wódką i nakrywszy oładją lub kawałkiem blina podaje następnej osobie. Ten, otrzymawszy kieliszek, zdejmuje z niego oładję, pryska kilkoma kroplami na oba przewody, wypowiada podobne długie błogosławieństwo, całuje w ręce kolejną starszą osobę, wypija wódkę i podaje kieliszek w ten sam sposób następnemu. Tym sposobem te pozdrowienia czy błogosławieństwa powtarzają po kolei wszyscy siedzący przy stole, z różnymi wariacjami, póki w końcu ktoś z ostatnich parobków nie powie: „W szkoli ne wczywsia, winszowaty ne smudrywsia”. Za pierwszym razem kieliszek krąży wśród uczestników bardzo powoli, za drugim idzie już szybciej, bez zbędnych dykteryjek, a następne kolejki są jeszcze prędsze, na skos, już bez zachowania porządku.
Gdy cała rodzina już zakąsi, rozweseli się i wszystkim rozwiążą się języki, gospodyni przynosi w fartuchu pestki dyni, sypie je na przewody kominowe, a na stole kładzie łakocie: pierniki, obwarzanki, jabłka, zgniłe gruszki (!), kalinę, żurawinę itp., a gospodarz przynosi miskę miodu – świeżych plastrów. Młodzież zbiera rozsypane pestki i rzuca się na słodycze. Wówczas gospodyni nakłania młodzież, żeby zaśpiewała panu młodemu-kominowi pieśń weselną. Przy tym starsza z dziewcząt – śpiewaczka – otrzymuje błogosławieństwo rodziców lub najstarszych członków rodziny i zaczyna śpiewać pieśń, od dawnych czasów związaną z tym obrzędem; za nią podchwytują pieśń pozostali z obecnych:
Oj, priszły-ż noczeńki dowheńki,
Poswity-ż nam Kominu biłeńkij.
My-ż tebe kwitkami ubrały,
Berwienoczkom, rutoj oparazały.
Pracia nasza – diwka harneńka,
Polubyty Komina radeńka.
My-ż tebe budemo żenyty,
Horiłoczku, pywo, med pyty.
Swety-ż, Kominoczku, jasneńko,
Pobużaj czeladoczku raneńko,
Szyty, prasty, tkaty mołodym,
A podaroczki sbiraty starym.
Kominoczku, ty nam spohadaj,
Kruczu, werczu i bury spohaniaj.
Dym i sażu nesy woroham,
Swit, ochotu i radost´ poszły nam.
Hospodynia nasza, pohladaj,
Horiłoczki i medu podliwaj.
Starsi członkowie rodziny często przerywają śpiew życzeniami w rodzaju następującego: „szczob tak rano wstawały i szczyre pracowały, jak hołosno spiwały”. Dalej częstuje się miodem, piwem i łakociami, póki nie wyczerpie się cały zapas napitków. Po skończeniu rodzinnej biesiady wszyscy udają się do snu, a nazajutrz wszyscy wstają pracować przy świetle świecaka (łucznik), i to często już od samej północy. Jeśli komuś z rodziny nie będzie chciało się wcześnie wstać, to gospodarz nie omieszka wypomnieć mu: „Na Semena med, pywo lubyw pyty, ne lěnujsia-ż i robyty!”.[1]

W „Kulturze ludowej Słowian” Moszyńskiego znajdziemy opis obrzędu żenienia świecaka:
Pewną analogię do pieca, w którym czy na którym pali się ogień, daje świecak, na którym płonie łuczywo. Na Białorusi oraz na pograniczu Białorusi i Ukrainy zachowywano w stosunku do tego przyrządu (zob. t. I, s. 602, fig. 495 3), a ściślej mówiąc, w stosunku do płonącego na nim ognia, szczególny obrządek, zwany „żenieniem świecaka”. Gdy późnym latem mrok zapada coraz wcześniej i nastanie pora, kiedy już nie można się wieczorami obejść bez światła w izbie, wtedy w dniu określonym przez zwyczaj gospodyni oporządza świecak, bieli go niekiedy, spowija zielonym chmielem lub widłakiem, przystraja borowiną czy kwiatami i wreszcie zapala na nim łuczywo. Tu właśnie następuje szczególnie uroczysta chwila: na światło, płonące po raz pierwszy tego lata, sypie się orzechy, pestki dyni itp. lub nawet rzuca się w ogień kawałki słoniny i grudki masła, „aby weselej gorzał”. Dlaczego ten szeroko rozpowszechniony zwyczaj zwie się pospolicie „żenieniem” świecaka, lud objaśnić nie umie. Słowa odmawiane podczas obrządku nie rzucają nań żadnego światła; jest to po prostu krótki zwrot do Boga z prośbą o zdrowie, błogosławieństwo czy „oświecenie” (oczywiście pojęte dosłownie).[2]
Relacja z ziem ukraińskich (Ahatanheł Krymśkyj, tł. moje):
Dawniej na św. Szymona prawie w każdej chacie „żenili kaganek”. Z rana schodzili się po chatach goście, zapalali kaganek, stroili w kwiaty i stawiali na stole. Potem zasiadają za stołem i robią wszystko tak, jak na weselu. Następnego dnia zapraszani są do innej chaty i przenoszą kaganek; a kaganek płonie cały czas. Tak to żenią kaganek przez cały tydzień, przenosząc go z jednej chaty do drugiej.
Tak to u nas po wsiach. A w Dźwinogródce – tam żenili świecę, a nie kaganek. Tak samo stała na stole świeczka ozdobiona kwiatami, i każdego dnia przenosili ją do innej chaty. Tylko że w ostatnich latach bardzo słabo podtrzymują w Dźwinogródce ten zwyczaj.Teraz to zanika,i żenią święczkę może jacyś szewcy, krawcy, kuśnierze.[3]
Istniał też obrzęd wesela świecy.
Moszyński:
Na Ukrainie „żenieniu” świecaka odpowiadało „żenienie” świecy, obserwowane dawniej w Kijowie w nocy z l na 2 września st.st. (to znaczy przed środkiem października* n.st.), od której to daty przekupnie rozpoczynali handlować wieczorami przy sztucznym świetle, rzemieślnicy zaś zaczynali go używać przy wieczornej pracy. Główną rolę podczas tego obrzędu odgrywało ścięte drzewko, obwieszone owocami, dymami, arbuzami etc. i oświetlone umocowanymi na jego gałązkach małymi woskowymi świecami.[2]
P. Szejn (tł. moje):
Zwyczaj żenienia świecy występuje w ujeździe kijowskim, podtrzymywany jest przez właścicieli warsztatów rzemieślniczych, którzy pragną zachęcić swoich robotników i robotnice do wieczornych i porannych prac przy ogniu. Około połowy września, gdy zaczynają się długie wieczory, właściciel oznajmia swoim robotnikom, że mają przyjść wieczorem ożenić świecę. W dzień ten robotnicy pracują tylko do obiadu, a pod wieczór wszyscy ubrani odświętnie zjawiają się u właściciela zakładu, który wówczas posyła po muzykantów. Wtedy każdy z przybyłych robotników bierze świecę i stroi ją przy dźwiękach muzyki wstążkami i kwiatami, po czym zapala i wreszcie wszyscy ustawiwszy się w znanym sobie porządku, pod przewodnictwem grających muzykantów obchodzą miasteczko w uroczystym pochodzie, od jednego warsztatu do drugiego, póki nie obejdą wszystkich i nie wrócą w tym samym porządku do swojego zwierzchnika. Tam czeka już na nich przygotowana kolacja, trunek i zakąska. Po kolacji zaczyna się żywiołowa hulanka. Robotnicy śpiewają piosenki, tańczą, zabawiają się czasami jeszcze długo po północy. Zaś od następnego dnia zaczynają już codziennie pracować rano i wieczorem przy świecach.[1]
Kyłymnyk (tł. moje):
Wesele świecy znane było jeszcze pod koniec XIX wieku, jako lokalny zwyczaj kijowski. Jednak święto świecy, nie wiadomo pod jaką nazwą, istniało na Ukrainie od dawien dawna.
(…)
Wesele świecy, to zwyczaj znany jako jesienne święto kijowskich targowisk. Odbywało się ono w nocy przed dniem św. Szymona (1 IX st. st.) albo – w innych miejscowościach – w tenże dzień. Święto polegało na tym, że na targ przynoszono grubą woskową świecę, ręcznie laną, i lalkę wyobrażającą postać ludzką. Na targowisku zbierał się wielotysięczny tłum ludzi, głównie mieszczan, i cała ta masa ludu odśpiewywała wesele, z odpowiednimi ruchami i zwyczajami. Tam byli i „ojciec”, i „matka”, „bojarzy, swityłki, drużki, swatowie i swachy**”. Po zakończeniu wesela świecy, a kończyło się ono o godzinie 1-2 w nocy, „weselnicy” rozchodzili się do domu, śpiewając pieśni weselne i pijackie. A w domu trwały do rana, a nawet do południa „weselne wieczorki” ze świątecznym jadłem i napitkiem. Jedni odwiedziali drugich aż do następnego dnia. Charakterystyczne jest to, że od tej nocy rozpoczynały się jesienne wróżby.[4]

Na Białorusi we wrześniu (8 września starego stylu lub w inne dni, bliskie równonocy) obchodzono święto zwane Bahacz (dosł. Bogacz). Charakterystycznym rekwizytem był koszyk z ziarnem i świecą, który noszono do każdej chaty i odryny (specjalny budynek do przechowywania siana). Ziarno zbierano na zażynki z pierwszego zżętego snopa, a świeczkę przygotowywano śpiewając pieśni dożynkowe. Bahacz miał zabezpieczyć dobrobyt i szczęście rodziny. Przed wschodem słońca gospodarz zasiewał pole zbożem poświęconym w dzień Matki Boskiej Zielnej (biał. Pierszaja Praczystaja). W guberni wileńskiej pieczono w ten dzień wielki kołacz z nowego plonu, dzień nazywano Bogata Pani (Haspożka Bahataja).[5]
Nb. słowo bahacz było epitetem ognia (w Ihumeńskiem, gdy kto z mieszkańców chaty, udając się na spoczynek, spostrzega na świecaku tlący się jeszcze ogień, prosi go: „Święty bogaczu, połóż się spać, jest was dwunastu braci, brońcie nas…”).[2]
Z terenów etnicznie polskich nie mam informacji o tak wyrafinowanych obrzędach związanych z kultem ognia. Oczywiście jesienią pali się ogień w celach rytualnych (Zaduszki, ognie św. Andrzeja), ale te obrzędy mają inny charakter (kult zmarłych, działanie apotropaiczne). U Kolberga natrafiamy na ciekawą wzmiankę o paleniu w tym okresie „sobótek”: wg J. Gluzińskiego w okolicach Zamościa i Hrubieszowa młodzież, pasąca bydło i owce, paliła ogniska w okresie po zebraniu wszystkich zbóż, pod koniec kopania ziemniaków. Była muzyka, tańce i skoki przez ogień. Wrzucano do ogniska orzechy i kasztany, które eksplodowały od gorąca, i z tych „strzałów” wróżyła sobie.[7] Warto zastanowić się, czy to nie ostatnie szczątki obrzędu rozpalania w równonoc jesienną nowego ognia i zanoszenia go do domów (tak jak czyniono na Wielkanoc i Kupałę). Są wzmianki o gaszeniu wszystkich ogni w wiosce 1 września st. st. i rozpalaniu nowego ognia u Słowian Wschodnich.

Wiadomo, że kult ognia istniał u Słowian od najdawniejszych czasów; choćby staroruskie Słowo Christolubca (XII w.) wytyka ludziom, że „do ognia modlą się, zowiąc go Swarożyczem”.[6] Czasami postać Jezusa-Syna Bożego utożsamiano z Ogniem, jak w kolędzie A to nam dziwne, że pan ogniem bywszy, na sianie leżał, siana nie spaliwszy albo w zwrocie Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, któremu odpowiadały warianty …święty ogień lub …światło.[2] Powyższe relacje pokazują, że kult ten był w epoce nowożytnej wciąż bardzo rozbudowany, a bardzo ważną jego kulminacją w cyklu rocznym były okolice równonocy jesiennej. W tej porze roku obrzędy dziękczynne za plony splatają z inauguracją jesiennych prac pod dachem. Potrzebne było do tego ciepło i światło zapewniane przez ogień. Czas ten związany był też z rodzinnymi obrzędami przejścia: postrzyżynami dzieci oraz weselami. Sam Ogień występuje jako pan młody, w wieńcu z ziela i obsypany ziarnem (panną młodą wg pieśni zapisanej przez Szejna jest Praca). Obrzęd żenienia ognia mógł być obchodzony w gronie rodzinnym (w zasadzie dotyczy rodziny rozszerzonej, wszystkich domowników razem z parobkami), ale również przez wspólnotę robotników w warsztacie albo wręcz przez wielkie zgromadzenie mieszczan na targowisku.
*chyba autor miał na myśli „przed środkiem września”, różnica to 2 tygodnie
**role obrzędowe na ukraińskim weselu; bojarzy to tyle co drużbowie, towarzysze pana młodego; najstarszy z „bojarów” zawiadywał uroczystościami weselnymi. Swityłka to dziewczyna niosąca tzw. switylnik (inaczej „szablę”, „miecz”), złożoną konstrukcję z pęku kwiatów, chleba, szabli i świeczki. Drużki to druhny, towarzyszki panny młodej. Swacha to m.in. kobieta zajmująca się swataniem.[8]
Bibliografia
[1] Pawieł W. Szejn, „Żenit´ba komina” i „żenit´ba swiěczki”. Iz zapisok sobiratela [w:] Etnograficzeskoje obozrienije, t. XXXVIII, z. 3. Moskwa 1898
[2] Kazimierz Moszyński, Kultura ludowa Słowian, cz. II, Kultura duchowa, z. 1. Polska Akademia Umiejętności, Kraków 1934
[3] Ahatanheł J. Krymśkyj, Zwenyhorodszczyna, Szewczenkowa bat´kiwszczyna, z pohladu etnohraficznoho ta diałektołohicznoho, Wertykal, Czerkasy 2009
[4] Stepan Kyłymnyk, Ukrajinśkyj rik u narodnich zwyczajach w istorycznomu oswitłenni, t. V, Osinnij cykl. Trident Press Ltd, Winnipeg-Toronto 1963
[5] Aleś Łozka, Biełaruski narodny kalandar, Połymia, Mińsk 1993
[6] Aleksander Gieysztor, Mitologia Słowian, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 2006
[7] Oskar Kolberg, Lubelskie, cz. I. Państwowe Wydawnictwo Muzyczne
[8] Jewhen Onaćkyj, Ukrajinśka mała encykłopedija, Buenos Aires 1958
i inne
„zgniłe gruszki (!)” – Wydaje mi się, że chodzi o ulęgałki. Dzisiaj tylko najstarsi pamiętniej, że dawniej jadało się ulęgałki, czyli małe gruszki z dzikich samosiejek. Były one twarde i niezbyt smaczne, bo miały twardy miąższ jakby z twardych grudek. Takie gruszki nadawały się do jedzenia, gdy jakiś czas poleżały, aż ich miąższ przybrał barwę rdzawo brązową i stały się bardzo miękkie. „Uleżały się” stały się „ulęgałkami” – już dojrzały do zjedzenia. Rzeczywiście – wygląd i konsystencja ulęgałek kojarzy się ze zgnilizną, ale nią nie jest. W dzieciństwie zajadałem się takimi gruszkami, podobnie jaki inne dzieciaki na mazowieckiej wsi. Czy były smaczne? Wtedy tak! Czy dzisiaj by mi smakowały? Daaawno nie próbowałem. Efektem ubocznym ich zjedzenia było intensywne puszczanie „bąków”, dlatego ulęgałki nazywaliśmy także „pierdziałkami”.
Dziękuję za podpowiedź!